Running Wild - Shadowmaker.
Zespół Running Wild od zawsze chyba mam w sercu. Pierwszy raz usłyszałem ich chyba gdzieś w 1988 lub 1989 roku na wysłużonym magnetofonie marki Grundig i jeszcze bardziej wysłużonej stilonce. Przez całe lata byłem z nimi na dobre i na złe. Od kilku ładnych lat zespół się staczał, nagrywał coraz gorsze płyty i w 2009 roku uległ rozwiązaniu. Jak się okazało był to znakomity chwyt marketingowy gdyż już w 2012 roku ukazała się nowa płyta pod powyższym tytułem Shadowmaker, Pierwsze co rzuca się w oczy szata graficzna, obrazek zupełnie nie w Running Wildowym stylu, ich płyty do tej pory zawsze były kolorowe a tu zonk. Ale jak to mówią nie szata zdobi płytę. Załączamy płytkę i kolejny zonk, czy aby to na pewno Running Wild...ależ oczywiście tylko w jakby lżejszej formie i tonacji. Czy to źle? Chyba nie, bo nie wymagajmy żeby zespół 30 lat grał tak samo. Zresztą do niedawna największy zarzut wobec tej grupy mówił o kopiowaniu samych siebie i braku nowych pomysłów. No to mamy niemalże całą płytę nowych pomysłów i brzmień. Całość odświeżyła skostniałą już nieco stylistykę, słychać radość z grania a nie przymus. A że wpada to na dodatek w ucho to cóż więcej chcieć, zwłaszcza posłuchajcie Me and the boys, taka w sumie pioseneczka, trochę obciachowa ale rozrywka przednia. oczywiście ta płyta nie będzie nawet w małej części tym dla zespołu czym jest Under Jolly Roger czy Port Royal, czy też inne klasyki, ale nie zasługuje ta płyta na napiętnowanie bo to ciekawy album, pełen fajnych riffów, a że czasem za mało metalowo...trudno, wszyscy się starzejemy.
Ocena 7.5
Ocena 7.5
Komentarze
Prześlij komentarz