Przejdź do głównej zawartości

ACCEPT - 'TOO MEAN TO DIE'

 

Długo się zbieram żeby napisać o nowym albumie ACCEPT "Too mean to die". Dlaczego, zapytacie. Otóż po pierwsze dlatego że darzę ten zespół dużym sentymentem. Była to jedna z pierwszych kapel metalowych jakie w życiu usłyszałem, no bo kto za małolata nie krzyczał "Metal Heart". To był hicior nawet wśród nie słuchających metalu. A po drugie, łączące się z pierwsze, w założeniu mam, że piszę o rzeczach które lubię i mi się podobają. Szkoda mi czasu na zajmowaniu się muzyką która mnie nudzi, nie podoba mi się czy wręcz odstręcza. No i tu mam właśnie kłopot, ACCEPT lubię, chciałbym pisać o nich tylko dobrze, a tu nie bardzo się da. No dobra, do konkretów. Trochę może zbyt dramatycznie zacząłem bo to nie jest wcale zła płyta. Początek nawet sprawia dobre wrażenie, jest dynamicznie, gitarowo, po prostu acceptowo do bólu. Z każdym utworem, jak dla mnie oczywiście, robi się jednak coraz bardziej przewidywalnie, zero elementów zaskoczenia, robi się nudno i zaczynam sobie słodko drzemać. Żeby być dobrze zrozumianym, nie oczekuje i nie chcę u Accept żadnej rewolty stylistycznej. Ale oczekuje dobrych utworów, fajnych, ostrych riffów i zapamiętywalnych refrenów. Trochę tego jest, ale w moim odczuciu za mało. Trochę za dużo natomiast rutyny i takiego matematycznego grania. Wiecie o co chodzi. Włączam album i myślę "ale zajebista płyta", po trzech, czterech kawałkach "no niezła", a pod koniec" może się już w sumie skończyć". Chociaż to i tak lepsza płyta niż poprzednia, ale do takiej "Blood of the nations" to brakuje jej sporo. Pamiętać też należy, że z oryginalnego składu na posterunku pozostał już tylko Wolf Hofmann i to on i jego gitara rządzą na płycie. No nic, może miałem trochę za wysokie oczekiwania, posłucham jeszcze kilka razy i może bardziej przekonam się do tej płyty. Tak miałem np z "Blind Rage", na początku taka sobie, a teraz lubię z niej większość kawałków. Ale okładka tej nowej płyta trochę dziwna...chyba nie bardzo mi się podoba...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

BEYOND MORTAL DREAMS - Devastation Hymns (EP 2025)

  Myślę że zdecydowanej większości death maniaków ta nazwa jest z pewnością znana. Australijczycy już od wielu lat młócą swój bestialski death metal a poprzedni album z 2022 roku "Abomination of the Flames" był po prostu genialny. Teraz przywalają epką choć dla sporej ilości innych kapel to pewnie byłby pełny album. Epka jednak epce nierówna, 9 minut Vadera a tu 30 minut...Nieważne w sumie. Ważne jak znowu świetną rzecz nagrali Beyond Mortal Dreams. Znów zioną ogniem i siarką z niesamowitą precyzją. Tu się chłonie każdą nutę. Ale żeby tak się stało trzeba poświęcić tej muzyce sporo atencji. Bo się dzieje. Ile tu przestrzeni i wielowymiarowości. Dla mnie Australijczycy to mistrzowie łączenia brutalności z klimatem. A jak bardzo potrafią być różnorodni w tym co robią to wystarczy posłuchać np. otwierającego "Arachnivore" potem epickiego z czystymi wokalami "Bred for Possession" i niesamowitego coveru Forbidden, ależ to brawurowe wykonanie...Tytuł albumu dos...

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę