Kiedyś, dosyć dawno temu, gdzieś na początku lat dwutysięcznych miałem zajawkę na słuchanie epickiego okołowikińskiego metalu nawiązującego do Bathory. Dosyć szybko mi przeszło (oprócz trwałego uwielbienia dla Bathory) aczkolwiek od czasu do czasu jak wyjdzie coś godnego uwagi z tej stylistyki to chętnie odsłuchuje. Takim wartym uwagi z pewnością jest estońsko-fińsko-kanadyjski projekt o nazwie POHJAST który w ubiegłym roku wydał album "Downfall". Jest to dosyć różnorodny materiał, ale jeżeli lubicie Bathory (z okresu "Hammerheart" czy "Blood on ice"), Falkenbach, Tyr, Einherjer, Manegarm, Glittertind czy nawet trochę Amorphis to śmiało sięgajcie po ten album. Trwa tylko 30 minut z haczykiem i czas przy nim zleci szybciutko. Lecz małe ostrzeżenie: jak ktoś nie lubi tego rodzaju muzyki to Pohjast też nie sprawi że stanie się inaczej.
Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...
Komentarze
Prześlij komentarz