Recenzja: ZATRATA - "Zatrata"
Jeśli mam być szczery to po debiutancki album Zatrata sięgnąłem z dużą niepewnością. Gdzieś tam kiedyś przeczytałem, że grają mieszaniną death metalu z jakimś tam crustem a mój zgredziały łeb nie reaguje dobrze na takie mixy. Jakoś tam wolę żeby death metal był death metalem a za tymi wszystkimi szufladkami to trochę nie nadążam. Poza tym, tego cedeka zakupiłem, co mi się praktycznie nie zdarza, całkowicie w ciemno nie słuchając choćby pół utworu. No i teraz najlepsze. Nie żałuję. Niech inni nazywają ich muzę jak chcą, dla mnie to po prostu ekstremalny metal. A jaki, tak jednym słowem? Bezpośredni. Tu nie ma czarów, misternego tkania klimatu, muzycznych czy lirycznych niedomówień. Nie, jest strzał w ryja i kopniak z półobrotu w żebra. Gitary napierdalają tworząc dźwiękowy mur z którego szczytu nakurwia świetna sekcja. Wokal zajebisty, urozmaicony, od growlu przez krzyk do grindowego rzygu. Liryki ojczyste, dosadne. Dobrze, że są we wkładce bo śpiew jest mało, a czasem w ogóle niezrozumiały co jednak w ogólnym kontekście nie jest wadą. Wadą jest trochę za krótki czas albumu, niewiele ponad 20 minuty powoduje że czuje się niedosyt. Utwory szybciutko przechodzą z jednego na drugi i nie wiadomo kiedy rach ciach i koniec...No ale wtedy włączamy jeszcze raz i odkrywamy znowu coś nowego...Macie czasem ochotę na muzyczne batożenie? To Zatrata jest w sam raz na taką okoliczność...
Komentarze
Prześlij komentarz