recenzja "Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu"

 


Jak wiecie lubię czytać więc wszelkiego rodzaje biografie, autobiografie i historie muzyczne chłonę wręcz namiętnie. Ten rok był pod tym względem naprawdę dobry, żeby chociaż wspomnieć znakomite pozycje dotyczące naszej rodzimej sceny jak Rzeźpospolita czy Festiwal Szaleństwa. Teraz do zacnego grona udanych książek dołącza pozycja autorstwa Jarosława Szubrychta pod wdzięcznym tytułem "Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu" Autora chyba nie muszę przedstawiać bo metalom znany to człek od wielu lat. Wokalista Lux Occulty, dziennikarz, autor książek m.in. biografii Slayera i Vadera (najlepsze!) to tak najkrócej o nim. Teraz oddaje nam w swoje ręce książkę będącą taką mieszanką jego spojrzenia na to czym był i jest metal z osobistymi przeżyciami dotyczącej naszej ukochanej muzy. Przeczytamy o trudach i znojach bycia nastoletnim edytorem zina, o pasji, szkole, kumplach czy w końcu o zespole który powstał na końcu Polski i nie powinno mu się udać. A jednak. Przeczytamy też o metalowych "szufladkach", o nazwach zespołów, tekstach i "imidzu". Wszystko napisane na luzie, z dystansem i nierzadko z humorem. Czyta się to szybciutko, historie podzielone na zgrabne rozdziały lecą szybko jedna za drugą zwłaszcza, że wiele tych historii zna się z autopsji bo od Jarka jestem młodszy tylko troszeczkę. Każdy z nas wtedy smarował znaczki, wymieniał kasety, poszukiwał dobrego ksero i przeżywał koncerty całym sobą. Tak było. Dawno temu. Czasy się zmieniły, lata lecą i Jarek szuka często czegoś innego w muzyce. U mnie natomiast bez zmian. Metal mi wystarcza choć oczywiście, rzadko bo rzadko, coś tam innego poleci. W każdym razie książkę polecam Wam gorąco. Bo choć starsze metale wszystko to co tam opisane to znają, to warto sobie razem z autorem powspominać jak to kiedyś bywało. Polecam gorąco.

Komentarze

Popularne posty