STILLBORN - "Cultura de la muerte"
Pierwszą płytą jaką zakupiłem po urlopie jest wydany przez Godz Ov War Productions nowy pełniak STILLBORN - "Cultura de la muerte" i jestem w chuj z tego wyboru zadowolony. Szósty album tej ekipy to prawdziwy cios wymierzony we wszystkie pseudoświętości. Stillborn jak dotąd niesamowicie kosił na żywca oraz nagrywał płyty dobre i bardzo dobre. Teraz udało im się nagrać płytę zajebistą i to jest zajebiście fajne. Po tylu latach istnienia wciąż Killera stać na muzyczny rozwój i potęgowanie własnego wkurwu. Zero stagnacji. Zero kompromisów. Bestialski i odrażający death metal. Bez litości. Bez uśmiechania się do kogokolwiek. Jest gęsto i powietrze ciężko złapać. Zapiera dech jak przy najgorszym zapaleniu płuc. Ale do rzeczy. To co czyni "Cultura de la muerte" albumem zajebistym a nie dobrym to ekstremalne, kozacko napędzające się riffy. Chyba najlepsze jak do tej pory. Naprawdę dobrze się tego słucha i 30 minut zniszczenia mija bardzo szybko. I ta perkusja. Obijane gary z niesamowitą mocą. Piekielną. Stamtąd też wydobywa się wokal. Cofnięty gdzieś w otchłani. Bluzga niby po naszemu ale raczej po swojemu. Książeczka z tekstami pozwala zrozumieć. I powygrażać niebu razem ze Stillborn. Powiadam Wam zaprawdę. Warto.
P.S. I jaki gruby papier we wkładce, nie ma lipy na żadnym kroku. Wszystko dopracowane.
Komentarze
Prześlij komentarz