Pamiętam dosyć dobrze moje pierwsze spotkanie z tym zespołem. To był jakoś pewnie 1991 rok i piracka kaseta MG z albumem "Ancient Dreams" z 1988 roku. Pierwszy z Messiahem Marcolinem. Cóż to było za zdziwienie. To w metalu można śpiewać niczym w operze? Taki wokal do ciężkiej muzyki? Dzisiaj wiem, że tak można ale wtedy byłem mocno zaskoczony. Poznałem szybko debiut (byłem znowu zdziwiony, tym razem, że śpiewa ktoś inny) oraz Tales of Creation (oba znakomite). I już wiedziałem. Candlemass to magia, to muzyczne zjawisko. Kochaj albo rzuć. Później było różnie, bo różnej jakości były albumy Candlemass. Do tych wymienionych wcześniej wymienionych, moim zdaniem nie zbliżyli się już nigdy. Ani jeszcze z Messiahem ani z zastępującym go potem Robertem Lowe, choć Death Magic Doom było całkiem niezłe. Gdy w 2018 roku ogłoszono powrót do zespołu śpiewającego na debiucie Johana Langquista serce zabiło mocniej. Ale The Door to Doom jak dla mnie był całkiem przeciętnym albumem. Niewiele z niego tak naprawdę zapamiętałem, magia Candlemass nie powróciła. I oto mamy najnowszy album tej legendarnej grupy. I choć Sweet Evil Sun nie słucham z takim przejęciem jak Ancient Deams to muszę przyznać, że to dobra płyta mająca momenty przypominające czasy świetności. Utwór tytułowy czy Devil Voodoo to kawał ciężkiego epic doom metalu. Wizard of the Vortex też jest wyborny. Album trzyma poziom i słucha się go z zaciekawieniem. Choć kawałek z wokalistką z Avatarium bym sobie darował. Zostawił na płytę Avatarium właśnie. W ogóle właśnie Candlemass wypada najsłabiej gdy pojawiają się wątki kojarzące się właśnie z tą drugą kapelą Leifa Edlinga. No ale to naprawdę niezła płyta obfitująca w potężne riffy. Moim zdaniem, warto.
Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...
Komentarze
Prześlij komentarz