Przejdź do głównej zawartości

recenzja CANDLEMASS - Sweet evil sun (2022)



Pamiętam dosyć dobrze moje pierwsze spotkanie z tym zespołem. To był jakoś pewnie 1991 rok i piracka kaseta MG z albumem "Ancient Dreams" z 1988 roku. Pierwszy z Messiahem Marcolinem. Cóż to było za zdziwienie. To w metalu można śpiewać niczym w operze? Taki wokal do ciężkiej muzyki? Dzisiaj wiem, że tak można ale wtedy byłem mocno zaskoczony. Poznałem szybko debiut (byłem znowu zdziwiony, tym razem, że śpiewa ktoś inny) oraz Tales of Creation (oba znakomite). I już wiedziałem. Candlemass to magia, to muzyczne zjawisko. Kochaj albo rzuć. Później było różnie, bo różnej jakości były albumy Candlemass. Do tych wymienionych wcześniej wymienionych, moim zdaniem nie zbliżyli się już nigdy. Ani jeszcze z Messiahem ani z zastępującym go potem Robertem Lowe, choć Death Magic Doom było całkiem niezłe. Gdy w 2018 roku ogłoszono powrót do zespołu śpiewającego na debiucie Johana Langquista serce zabiło mocniej. Ale The Door to Doom jak dla mnie był całkiem przeciętnym albumem. Niewiele z niego tak naprawdę zapamiętałem, magia Candlemass nie powróciła. I oto mamy najnowszy album tej legendarnej grupy. I choć Sweet Evil Sun nie słucham z takim przejęciem jak Ancient Deams to muszę przyznać, że to dobra płyta mająca momenty przypominające czasy świetności. Utwór tytułowy czy Devil Voodoo to kawał ciężkiego epic doom metalu. Wizard of the Vortex też jest wyborny. Album trzyma poziom i słucha się go z zaciekawieniem. Choć kawałek z wokalistką z Avatarium bym sobie darował. Zostawił na płytę Avatarium właśnie. W ogóle właśnie Candlemass wypada najsłabiej gdy pojawiają się wątki kojarzące się właśnie z tą drugą kapelą Leifa Edlinga. No ale to naprawdę niezła płyta obfitująca w potężne riffy. Moim zdaniem, warto.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę

PHOBOCOSM - Gateway (2025)

  Noooo, mocno się nam ten rok kończy. Kanadyjczycy z Montrealu atakują właśnie czwartym albumem i dalej mają jeden cel: siać niepokój. Tak jak na poprzednim albumie, mamy cudowanie rozbudowany klimat nadciągającej apokalipsy. Nie każdy potrafi go zbudować w tak sugestywny sposób jak Phobocosm. Zresztą kanadyjskie zespoły mają jakieś duże predyspozycje do tworzenia muzyki która przynosi odwrotność ukojenia. Ten death metal nie pozostawia obojętnym. Bestialskie riffy naprawdę wchodzą do łba z pełną mocą szpikulca do lobotomii. Gitary i wokal to potęga tego albumu. Wszystko w punkt zagrane i do tego bestialskie brzmienie. Cztery zaledwie utwory, poprzerywane interludiami daje w sumie 35 minut muzyki. Przy jej intensywności to idealny czas aby utrzymać uwagę nie pozostając za bardzo sponiewieranym. Jeśli podobał Wam się poprzedni ich album "Foreordained" to sięgajcie śmiało. "Gateway" to tak naprawdę jego kontynuacja, zresztą nagrana podczas tej samej sesji. Bierzcie ...