Przejdź do głównej zawartości

recenzja GAROTA - Czarne wizje (2022)

 


    Garota to broń znana od starożytności mająca na celu szybkie uduszenie ofiary. Używana przez wszelkiej maści społeczne męty, zabójców i mafiosów. Niebezpieczna rzecz przed którą ciężko się obronić. Ciężko też obronić się przed muzyczną odmianą Garoty za którą stoją dumni reprezentanci Szczecina. Bo ta muza wżera się agresywnie w mózg słuchacza i sieje tam spustoszenie. Załoga ta nie prezentuje nic odkrywczego. Porusza się w kręgu który od jakiegoś czasu przeżywa prawdziwy renesans. Połączenie wściekłego black metalu z wściekłym thrashem to zestaw który aktualnie obfituje w liczne i bardzo dobre wydawnictwa. Czy jest miejsce i potrzeba na kolejne? Moim zdaniem tak, jeżeli trzymają poziom jaki prezentują "Czarne Wizje". Tak, dopóki słuchać szczerość i fascynację tamtymi dźwiękami. Tak, jeżeli do tego muzycy wiedzą co robić ze swoimi instrumentami i potrafią przenieść emocje z płyty na żywca. Garota nie stara się tworzyć klimatu i atmosfery, wyprowadza cios za ciosem, opowiadając swoje historie w naszym ojczystym języku. Od razu powiem: teksty wporzo. Bez zbędnego patetyzmu i nieudolnych prób naśladowania młodopolskich poetów. Czasem do Garoty zawieje wiatrem z północy, ze szwedzko-norweskich stron, zderzy się on z niemiecką starą szkołą thrashu, połączy z punkowym jadem i połączy zgrabnie w jedną, czarną wizję. Dobrze się tego słucha, kilka kawałków jest kapitalnych jak: "Płomień przykrywa niebo" czy "Czarne wizje pełne krwi". Czas leci z tym albumem szybko, na nudę nie będziecie na pewno narzekać. I choć nie chcę specjalnie się wymądrzać w tym zakresie ale brzmienie dla mnie jest jakby nieco za płaskie i coś mi brakuje do pełni szczęścia. Ale to szczegół bo debiut Garoty to naprawdę rzecz godna uwagi i szczerze Wam go polecam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę

PHOBOCOSM - Gateway (2025)

  Noooo, mocno się nam ten rok kończy. Kanadyjczycy z Montrealu atakują właśnie czwartym albumem i dalej mają jeden cel: siać niepokój. Tak jak na poprzednim albumie, mamy cudowanie rozbudowany klimat nadciągającej apokalipsy. Nie każdy potrafi go zbudować w tak sugestywny sposób jak Phobocosm. Zresztą kanadyjskie zespoły mają jakieś duże predyspozycje do tworzenia muzyki która przynosi odwrotność ukojenia. Ten death metal nie pozostawia obojętnym. Bestialskie riffy naprawdę wchodzą do łba z pełną mocą szpikulca do lobotomii. Gitary i wokal to potęga tego albumu. Wszystko w punkt zagrane i do tego bestialskie brzmienie. Cztery zaledwie utwory, poprzerywane interludiami daje w sumie 35 minut muzyki. Przy jej intensywności to idealny czas aby utrzymać uwagę nie pozostając za bardzo sponiewieranym. Jeśli podobał Wam się poprzedni ich album "Foreordained" to sięgajcie śmiało. "Gateway" to tak naprawdę jego kontynuacja, zresztą nagrana podczas tej samej sesji. Bierzcie ...