Przejdź do głównej zawartości

IMMORTAL - War Against All, RUiM - Black Royal Spiritism (2023)



 Nietypowo napiszę o tych dwóch albumach na raz. Słuchałem ich naprzemiennie i jakoś tak mimowolnie wyszło mi takie małe porównanie. Najpierw Immortal. Mam wrażenie, że ten album będzie miał tylu samo przeciwników co zwolenników. Ci którzy chcą zaznać chłodu i surowego klimatu będą zawiedzeni. I ja też w pierwszym momencie taki byłem. Jakoś to zbyt klarowne, czyste, no ładne po prostu. Ale idąc do pracy zmieniłem zdanie. Bo krocząc rześko ze słuchawkami z rana, to ten album zyskuje mocno. Fajne, melodyjne kompozycje, a przy takim marszowym wręcz "Wargod" to naprawdę się elegancko popierdala. I gdy mnie olśniło, zrozumiałem, że to jest płyta bez napinki i tak do niej podszedłem. No to mi się teraz zajebiście podoba. Bo się fajnie tego słucha na tzw. luzie. Przy zbyt poważnym podejściu do sprawy, oczekiwaniom powrotu do czasów Battles in the North, to ten album przepada. Nie ma szans...Aczkolwiek mam świadomość, że trudno słuchać nowego albumu Immortal bez nawiązań do przeszłości. Nie raz sam tak mam, także rozumiem jakby co.... Z drugiej strony black metalowej barykady stoi debiut RUIM. Celowo zestawiłem te dwie płyty gdyż reprezentują zdecydowanie inne podejście do tego rodzaju sztuki, choć autorzy pochodzą z tego samego kraju. Głównym bowiem sprawcą Ruim jest nikt inny jak Blasphemer (mieszkający jednak od lat w Portugalii). I tu muzyka jest dużo bardziej wymagająca niż ostatni Immortal. Wymaga skupienia i chłonięcia każdego dźwięku. Podczas spaceru się nie sprawdzi. Ale wieczorkiem, na spokojnie, możemy docenić to co ma obecnie do przekazania były gitarzysta Mayhem. Warto poświęcić czas tej muzyce. Zdecydowanie bardziej klimatycznej, wypełnionej złowrogą atmosferą i ponurymi riffami. W moim odczuciu będącej kontynuacją przez Blasphemera Mayhemowego dzieła, zdecydowanie lepiej oddającej jego ducha niż ostatnie dokonania właściwej kapeli. Posłuchajcie choćby Fall of Seraphs w którym gościnnie, wokalnie dał do pieca McGovarn, zrozumiecie o czym mówię. Naprawdę to wyśmienity black metalowy album. Ten wcześniej też, ale jakże odmienny. Polecam oba, choć kultowym kiedyś może zostać tylko ten drugi....

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę

PHOBOCOSM - Gateway (2025)

  Noooo, mocno się nam ten rok kończy. Kanadyjczycy z Montrealu atakują właśnie czwartym albumem i dalej mają jeden cel: siać niepokój. Tak jak na poprzednim albumie, mamy cudowanie rozbudowany klimat nadciągającej apokalipsy. Nie każdy potrafi go zbudować w tak sugestywny sposób jak Phobocosm. Zresztą kanadyjskie zespoły mają jakieś duże predyspozycje do tworzenia muzyki która przynosi odwrotność ukojenia. Ten death metal nie pozostawia obojętnym. Bestialskie riffy naprawdę wchodzą do łba z pełną mocą szpikulca do lobotomii. Gitary i wokal to potęga tego albumu. Wszystko w punkt zagrane i do tego bestialskie brzmienie. Cztery zaledwie utwory, poprzerywane interludiami daje w sumie 35 minut muzyki. Przy jej intensywności to idealny czas aby utrzymać uwagę nie pozostając za bardzo sponiewieranym. Jeśli podobał Wam się poprzedni ich album "Foreordained" to sięgajcie śmiało. "Gateway" to tak naprawdę jego kontynuacja, zresztą nagrana podczas tej samej sesji. Bierzcie ...