No i ciach, zaczynamy nowy rok i zaczynamy go grubo. Bo taki jest drugi album rodaków z Sacrofuck. Co więcej można o nim napisać....No cóż, najbardziej pasującym słowem jest uroczy.....Taaa kur*a jasne. Jest ohydny. Ohydny i paskudny death metal. Ohydny ale w tak doskonały sposób, że pomimo swojej plugawości nie możesz przestać go słuchać odnajdując w tym dziką przyjemność. To trochę tak, jak oglądasz obrzydliwy program przyrodniczy gdzie pająk po kopulacji zżera innego pająka. Obrzydliwe? No pewnie. Ale oglądasz z fascynacją dalej. Warszawiacy bez litości okładają nas wyrwanymi wcześniej wnętrznościami, chlastając do tego nasze uszy w bestialski sposób. Album trwa prawie 34 minuty i to doskonale wyważony czas by nie znudzić ani przez chwilę. Pomimo dosyć wąskiej stylistyki w jakiej porusza się zespół dostajemy zestaw 10 różnorodnych kawałków. Kawałków bardzo gitarowych, gdzie ta gitara często bywa szalona i nieokiełznana. Naprawdę, przy całej tej ohydzie, brzmi to zajebiście i jest zajebiście nagrane. Duży poza tym plus za wokale. Za ich urozmaicenie. Bo jest wyrzyg ale wyrzyg cudownie różnorodny. Perkusja też jest ładnie obijana ale czasem, mam jakieś takie wrażenie, gdzieś tam ginie za gitarami i wokalem. Fajnie wypadają fragmenty kiedy zwalniają i miażdżą. Najbardziej podobają mi się pierwsze trzy kawałki, z mocarnymi gitarami i bezlitosną "Trumną". To i finałowa "Maska" to chyba moi faworyci. Ale cały album jest naprawdę pyszny. Na swój plugawy sposób. Polecam, choć ostrzegam. Rzecz dla fanów takiego grania. Jak macie nowo poznaną dziewczynę która nie słucha metalu i powie, żeby jej puścić jakiś metalowy zespół to może zacznijcie od czegoś innego niż Sacrofuck... Chyba, że chcecie się jej pozbyć to Sakrofaki będą w sam raz. na bank spierdoli. A na poważnie to płyta wychodzi 26 stycznia za sprawą Godz Ov War Productions. Bierzcie i słuchajcie. Amen.
Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

Komentarze
Prześlij komentarz