Przejdź do głównej zawartości

CHAINSWORD - Born Triumphant (2024)

 Bitwa wciąż trwa! Warszawiacy z Chainsword ruszają po raz drugi do pełnego boju i tak jak podczas bitwy na otwarcie, teraz również nie zamierzają brać jeńców i reagować na błagania o litość. Druga płyta absolutnie nie zawodzi, nie tylko dorównując kapitalnemu debiutowi ale nawet go przebijając. Pancerny death metal w ich wykonaniu, wciąż cudownie nawiązujący do Bolt Thrower czy czasem Obituary, potrafi przenieść mnie w czasie do początku lat 90-tych kiedy takie wydawnictwa wychodziły jedno po drugim, fascynując mnie i mi podobnych, a nie mających jeszcze pojęcia, że większość z nich stanie się kultowa, legendarna i traktowana z namaszczeniem ponad 30 lat później. Mam wrażenie, że z warszawską ekipą łączy mnie fakt, że słuchamy zapewne podobnej muzy i dlatego generowane przez nich dźwięki łykam w całości i bez popity. Podoba mi się, że Chainsword mają wyjebane. Mają wyjebane na trendy, mają wyjebane na oglądanie się na innych i tłuką to co im w sercach gra. A gra naprawdę zajebiście. Mocarne riffy atakuję już od pierwszego kawałka, ale prawdziwy death hit następuję potem. Kanonada w "Sinistramanus Tenebrae" to przykład doskonałej niemal kompozycji, dopracowanego death metalowego ciosu urozmaiconego wykrzykiwaniem tytułowej "Lewej ręki ciemności". To co odróżnia drugi album od debiutu w mojej ocenie to większe urozmaicenie. Jest ciekawiej, może dzięki różnym wstawkom i udziale gości. "Grand Funral Pyre" rozpędza się niesamowicie nośnym riffem, zagłada się zbliża i dostajemy polski fragment w wykonaniu Gambita z Truchła Strzygi. Niby nie pasuje a jednak pasuje. Zdecydowanie podpalamy lont razem. Wyróżniam jeszcze "Death to the Enemies ov Man" to również niesamowicie wchodzący do łba zajebisty wałek. Na koniec dostaniemy jeszcze hołd dla nieodżałowanego Larsa Gorana i 45 minut z Chainsword mija bardzo, bardzo szybko. Ale zawsze można zawrócić i ruszyć do boju jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz... Tak więc, szczerze Wam Chainsword i ich nowy album polecam, taki death metal lubię. No i okładeczka sztosik


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

BEYOND MORTAL DREAMS - Devastation Hymns (EP 2025)

  Myślę że zdecydowanej większości death maniaków ta nazwa jest z pewnością znana. Australijczycy już od wielu lat młócą swój bestialski death metal a poprzedni album z 2022 roku "Abomination of the Flames" był po prostu genialny. Teraz przywalają epką choć dla sporej ilości innych kapel to pewnie byłby pełny album. Epka jednak epce nierówna, 9 minut Vadera a tu 30 minut...Nieważne w sumie. Ważne jak znowu świetną rzecz nagrali Beyond Mortal Dreams. Znów zioną ogniem i siarką z niesamowitą precyzją. Tu się chłonie każdą nutę. Ale żeby tak się stało trzeba poświęcić tej muzyce sporo atencji. Bo się dzieje. Ile tu przestrzeni i wielowymiarowości. Dla mnie Australijczycy to mistrzowie łączenia brutalności z klimatem. A jak bardzo potrafią być różnorodni w tym co robią to wystarczy posłuchać np. otwierającego "Arachnivore" potem epickiego z czystymi wokalami "Bred for Possession" i niesamowitego coveru Forbidden, ależ to brawurowe wykonanie...Tytuł albumu dos...

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę