Uffff, ciężko mi coś napisać bo naprawdę ciężko pozbierać myśli w sensowne zdania po obcowaniu z najnowszym dziełem amerykańskich brutal deathmetalowców z Brodequin. Pieprzony niszczyciel światów. I umysłów. Ale po kolei. Dla tych co nie znają. Brodequin to kapela założona w 1998 roku przez braci Bailey. Wydali trzy albumy (ostatni 20 lat temu) i zapadli w hibernację. Przeżyli sporo osobistych tragedii ale nie uciekając jednak całkowicie od muzyki, Jamie np. wydał kilka ciekawych rzeczy w swojej wytwórni Unmatched Brutality. Wrócili w 2021 roku króciutką bo zaledwie pięciominutową epką ale teraz atakują ponownie pełnym albumem. Atakują z całą mocą i nie mają nawet najmniejszych oznak litości. Gęsty, epicki i kolosalny brutalny death metal w ich wykonaniu potrafi zrobić w mózgownicy konkretny bałagan. Tu ani przez moment nie ma miękkiej gry. Totalnie gardłowy wokal Jamie'go zabiera nas w otchłań, głębia warstw gitarowych z naprawdę dziką perkusją miażdży i robi ze słuchaczami to o czym generalnie piszą w tekstach. Torturują i dokonują egzekucji. Ale nie szybkiej. Brodeqiun specjalizują się w historycznych, wymyślnych metodach. Obłęd gwarantowany. Uwierzcie mi, znają się na tym. Ten album jest jednocześnie ohydnie brutalny i piękny. Wbrew pozorom bardzo urozmaicony. Deklamacje, chóry wprowadzają nieco tajemniczej aury. Do tego jeszcze kapitalna, potężna, znakomicie wyważona produkcja i prawdziwie rytmiczny kunszt. Wrażenie robi również okładka którą stanowi, znajdujący się w lizbońskim Museu de Chiado, obraz portugalskiego malarza Jose de Brito. NIESAMOWITY album. Wszystkim miłośnikom brutalności szczerze Brodequin polecam. Mam nadzieję, że teraz nie odejdą, pozostaną i będą nas cieszyć swoją muzą. Amen
Myślę że zdecydowanej większości death maniaków ta nazwa jest z pewnością znana. Australijczycy już od wielu lat młócą swój bestialski death metal a poprzedni album z 2022 roku "Abomination of the Flames" był po prostu genialny. Teraz przywalają epką choć dla sporej ilości innych kapel to pewnie byłby pełny album. Epka jednak epce nierówna, 9 minut Vadera a tu 30 minut...Nieważne w sumie. Ważne jak znowu świetną rzecz nagrali Beyond Mortal Dreams. Znów zioną ogniem i siarką z niesamowitą precyzją. Tu się chłonie każdą nutę. Ale żeby tak się stało trzeba poświęcić tej muzyce sporo atencji. Bo się dzieje. Ile tu przestrzeni i wielowymiarowości. Dla mnie Australijczycy to mistrzowie łączenia brutalności z klimatem. A jak bardzo potrafią być różnorodni w tym co robią to wystarczy posłuchać np. otwierającego "Arachnivore" potem epickiego z czystymi wokalami "Bred for Possession" i niesamowitego coveru Forbidden, ależ to brawurowe wykonanie...Tytuł albumu dos...
Komentarze
Prześlij komentarz