DEFEATED SANITY - Chronicles of Lunacy (2024)

 Wychodzi na to, że to już siódmy album tej niemiecko - amerykańskiej załogi. Dacie wiarę, że gdy w 1995 roku nagrywali pierwsze demo to naparzający w perkusję Lille Gruber miał ledwo 13 lat? I fajnie, że ta pasja i miłość do brutalnego death metalu przetrwały już 30 lat. I fajnie też dlatego, bo możemy dostać kolejną już w tym roku zajebistą death metalową płytę. Dodam, że death metalową i brutalną z technicznym zacięciem. Jak muza? O diable rogaty salcesonem poganiany jak to brzmi. Maksymalnie precyzyjnie wymierzone ciosy z potężnym mielącym brzmieniem. Zasyfione i szorstkie dźwięki większość normalnych słuchaczy odrzucą ale znajdzie się pewna liczba muzycznych popaprańców którzy z lubością zanurzą się w Chronicles Of Lunacy. Ja się do nich z radością zaliczam. Masywne gitary, opętany bas i wokal to wszystko jest super, eleganckie i pasi. Ale prym i to zasłużony wiedzie tu perkusja. To co na niej wyprawia Gruber (na szczęście nie ten porucznik z Allo Allo) to przechodzi ludzkie pojęcie. Nie wiem ilu kończyn używa do gry ale to prawdziwa bestia. Łomot niesamowity. Może tylko czasem brzmi trochę za pusto ale może tak w sumie ma być a mi się zdaje i wypisuję niepotrzebne kocopoły. W każdym razie wszyscy maniacy brutalnego death metalu. Słuchać głośno i radować się z sonicznego wpierdolu. Polecam na maxa!




Komentarze

Popularne posty