Przejdź do głównej zawartości

MASTECTOMY - Devil Incarnates In Us (2024)

 Solowe projekty mają tę przewagę w stosunku do wieloosobowych zespołów że nie musisz się liczyć z niczyim zdaniem, nie musisz się umawiać na próby i znosić fochy kumpli z kapeli czy co tam jeszcze. Pykasz sobie to co lubisz, kiedy lubisz i wydajesz kiedy ci się podoba. Bo Adam z Mastectomy tak właśnie robi. Wszystko sam. Sam nagrywa wszystkie instrumenty, sam sobie kawałki składa i sam wydaje. Esencja tego co możemy nazwać muzycznym undergroundem. Adam więc nie ogląda się na nikogo i nie ma zamiaru nikomu swoją muzyką się przypodobać. Młuci brutalny i odpychający death metal czyli taka nisza w niszy. Prędzej oplują niż będą bić brawo. Ale fani takiego np. Mortician powinni być zadowoleni. Bo takie muzyczne zwyrole chętnie po ten album sięgną. Bo Adam choć gra sam to robi to bardzo sprawnie. Jest zdecydowanie bardziej ciekawie niż na poprzednim materiale, ten album jest bardziej dopracowany i słychać rozwój Adama zarówno jako muzyka jak i kompozytora. I naprawdę ładnie to napierdala a gitara w tytułowym kawałku to mistrzostwo. I ja nie mam żadnych złudzeń, autor z pewnością też nie. Ta płyta metalowego świata nie zmieni, internet nie zapłonie z emocji i setek wywiadów też nie będzie. Ale to jest szczere i z pasji a ja zawsze takie projekty będę cenił. Zajebista jest okładka, niestety trafnie wskazująca co rządzi światem. Są utwory po polsku i angielsku. Teksty? Generalnie o różnej skali zwyrolach. Nie rozkminiałbym tu za bardzo i traktował z dużym przymrużeniem oka, choć nie będę ukrywał, że w brutal death metalu wolę jednak język Szekspira ale to całkowicie subiektywna uwaga...Także jak lubicie gdy mole same spierdalają z szafy to podkręćcie głośno nowy album Mastectomy. Efekt gwarantowany. Polecam.







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę

PHOBOCOSM - Gateway (2025)

  Noooo, mocno się nam ten rok kończy. Kanadyjczycy z Montrealu atakują właśnie czwartym albumem i dalej mają jeden cel: siać niepokój. Tak jak na poprzednim albumie, mamy cudowanie rozbudowany klimat nadciągającej apokalipsy. Nie każdy potrafi go zbudować w tak sugestywny sposób jak Phobocosm. Zresztą kanadyjskie zespoły mają jakieś duże predyspozycje do tworzenia muzyki która przynosi odwrotność ukojenia. Ten death metal nie pozostawia obojętnym. Bestialskie riffy naprawdę wchodzą do łba z pełną mocą szpikulca do lobotomii. Gitary i wokal to potęga tego albumu. Wszystko w punkt zagrane i do tego bestialskie brzmienie. Cztery zaledwie utwory, poprzerywane interludiami daje w sumie 35 minut muzyki. Przy jej intensywności to idealny czas aby utrzymać uwagę nie pozostając za bardzo sponiewieranym. Jeśli podobał Wam się poprzedni ich album "Foreordained" to sięgajcie śmiało. "Gateway" to tak naprawdę jego kontynuacja, zresztą nagrana podczas tej samej sesji. Bierzcie ...