Przejdź do głównej zawartości

YOTH IRIA - Blazing Inferno (2024)

 Już niejednokrotnie podkreślałem, że hellenic black metal to dźwięki wobec których jestem z reguły bezkrytyczny bo to dźwięki które doskonale współgrają z czarną częścią mojej duszy. Ale bałem się że coś się popsuło. Jakoś w ostatnich wydawnictwach z tego nurtu nie poczułem tej atmosfery, raczej czułem nudę niż ekscytację i brak było powiewu tego specyficznego greckiego ocieplonego mroku. Już bałem się, że doszło do swoistego przepalenia i przedawkowania, wobec czego klimat uleciał i nie wróci. Na szczęście taki ch*j. Nowy album powołanej przez Jima Mutilatora załogi znów robi mi dobrze. Drugi album Yoth Iria to kwintesencja tego za co od ponad ładnych 30 lat uwielbiam hellenic black metal. To specyficzne brzmienie, czarcie a przy tym niezwykle melodyjne zawsze mi pasowało. "Blazing Inferno" naprawdę daje radę pod każdym względem. Świetny wokal, klimatyczny bas i naprawdę celnie wyprowadzająca ciosy perkusja. Ale to co najlepsze na tej płycie w tym albumie to tkwi w gitarach i kompozycjach. Gitary cały czas atakują coraz to nowymi riffami i melodiami. Raz bardziej uwypuklone a raz bardziej w tle, ale dzieje się coś ciekawego cały czas. Kompozycje są pełne pomysłów, niby proste ale co chwilę pojawia się jakiś nowy patent. Dużo więcej dźwięków wyłapuję słuchając przez słuchawki i bardziej też wtedy chłonę atmosferę ale to w sumie normalne bo mam tak chyba bardzo często. Po tegorocznym koncercie w Krakowie kiedy moim zdaniem przyćmili gwiazdę jaką był Samael, byłem bardzo ciekaw czy uda im się utrzymać poziom na studyjnym wydawnictwie. I zdecydowanie tak. Ten płomień pali się coraz mocniej. Yoth Iria, Jim, świetna robota. Dziękuję




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę

PUTRIDITY - Morbid Ataraxia (2025)

  Myślę że fanom brutalnych dźwięków specjalnie tej nazwy nie muszę przedstawiać ale dla tych co nie znają garść podstawowych informacji. Putridity to początkowo projekt jednoosobowy zmajstrowany przez gitarzystę Andrea Aimone. Demówki trzaskał jeszcze sam ale już debiutancki album z 2007 roku pt. "Mental Prolapse Induces Necrophilism" nagrał już z pełną załogą. Od poprzedniego albumu minęło już 10 lat ale dwa lata temu po ogarnięciu nowego składu dostaliśmy epkę "Greedy Gory Gluttony". Teraz dostajemy nowy, a w sumie dopiero czwarty, album włoskiej ekipy. Do rzeczy zapewne powiecie, jak muza? Otóż moi drodzy to kosa niesamowita. Jednocześnie piękny i obleśny, odpychający i przyciągający, przeklęty i błogosławiony a jednym słowem mówiąc łomot. Co za natężenie piekielnych dźwięków, gitarowa brutal death metalowa chłosta w każdej sekundzie, ekstremalna soniczna nawałnica. Nie sposób docenić niesamowitej pracy perkusji która przy całym szaleństwie wali z niesamowitą pr...