No i mamy nowy album ekipy która jeszcze do niedawna była jedną z Batushek. Całe szczęście że ta telenowela została zakończona bo gównoburzom nie było by końca. Tak więc jest nowy szyld i nowa płyta która jak wszystko co związane z tą kapelą podzieli zapewne ludzi na wielbiących i nienawidzących. Gdzie ja się w tym umieszczę? Zapewne tak po środku. Ale do rzeczy. Debiut Batushki "Litourgiya" był zaskakujący w swojej formie, bardzo świeży i ciekawy. Mnie, przyznaję bez bicia, bardzo się spodobał. Potem wraz z kolejnymi "aferkami" w zespole spadał też poziom nagrań. I z czasem zupełnie przestałem się tym projektem interesować a każde z kolejnych nagrań nudziło mnie coraz bardziej. Aż przyszedł 2025 rok i mamy opowieść o samozwańczym proroku a tak naprawdę wpływowym sekciarzu jakim był Eliasz Klimowicz, twórca tzw sekty grzybowskiej. Kto zacz znajdziecie w necie bez problemu. Od razu na wstępie powiem. To najlepszy materiał od czasu debiutu. Jest moc i energia a przede wszystkim niesamowity klimat w który wprowadzają nas recytacje w polskim języku. Gitary mają moc, chóry siłę, wokal agresję a perkusja atmosferę. Do tego świetne, przemyślane kompozycje i doskonale zaplanowane aranże. Można być pod wrażeniem całej produkcji. Kulminacja tego wszystkiego następuje w naprawdę genialnym i podniosłym "Wierszalin IV" z niesamowitym śpiewem Elizy Sacharczuk. Uwielbiam Grecję a z nią mi się kojarzy ten utwór. Jest tu wiele kapitalnych melodii w naprawdę różnych stylistykach. Świetna rzecz...Ale potem ciśnienie, jak dla mnie spada. Jeszcze Wierszalin V jest całkiem Ok, fajne, ostre wokale i napędzające się gitary. Ale druga część płyty zaczyna niestety nurzyć. Klimat z wolna ulatuje przytłoczony nadmiarem patosu i teatru. Równowaga zostaje zaburzona i pozostaje jednak zawód, że nie jest jak na pierwszej połówce płyty. Ale ze względu na nią warto sięgnąć po ten album. Doceniam kunszt i rozmach, choć dla mnie to jednak przydałoby się więcej metalu w metalu. Ale obiektywnie to naprawdę dobra płyta o niespotykanym jednak w metalu klimacie. Warto po nią sięgnąć bez ciągnących się za zespołem i wokalistą uprzedzeń. Wtedy wejdzie lepiej. Dla samego Wierszalin IV warto. Zbadajcie PATRIARKH sami.
Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...
Komentarze
Prześlij komentarz