KINGDOM - Primeval Cult of Strength in the Womb of Suffer (2025)
W tym kraju pewne są dwie rzeczy. A mianowicie są to chytrość kleru i że to co Kingdom nagra jest zajebiste. Także nie ma żadnej niespodzianki. Nie ma żadnego rozczarowania. Nowa płyta płockiej ekipy to kawał śmierdzącego siarą na kilometr death metalu. Czyli to co lubię najbardziej. Naprawdę pysznie się tego słucha. Każda nuta tego potężnego albumu jest po coś. Tu nie ma żadnego przypadkowego, zawieruszonego dźwięku. I jak to brzmi...Gitary są naprawdę bestialskie i masywne, super głęboki growl w kawałkach anglojęzycznych i lżejszy w polskich. Perkusja do której brzmienia przypierdzielałem się przy okazji poprzedniej płyty, tym razem idealnie chłoszcze i współgra z resztą. Album zaczyna napędzające się intro, po czym leci "Przedwieczny kult siły" Dobry utwór z dobrym groove. Ale prawdziwa jazda zaczyna się przy "Exterminatus". Jest ciężar i siekające riffy. Ten ciężar który bywa wręcz przytłaczający równoważą momentami niesamowicie melodyjne solówki, chyba najlepsze jakie dotąd nagrywali. Co istotne. Pomimo trzymania kanonów old schoolowego death metalu ten album jest naprawdę różnorodny. Moment kulminacyjny dla mnie to utwór "Flame of Death", swoista wizytówka czym dzisiaj jest Kingdom. Coż to jest za potężny kawałek. Niesamowicie czują jak powinien brzmieć death metal. Ja jestem wpiekłowzięty. Polecam Kingdom z całego serca. A album został wydany w znanej Osmose Productions. Brawo.

Komentarze
Prześlij komentarz