Przejdź do głównej zawartości

DEATHSTORM - The Highest Predator (2026) EP

 Jak to mawiał, często cytowany przez kultowego Anioła z Alternatyw, pisarz Sofronow: "Mądremu wystarczą dwa słowa a głupiemu to i referatu mało"...Parafrazując je do opisywanego materiału można stwierdzić, że lepsza epka z 22 minutami zarąbistej muzy niż godzina lepkiej, niesłuchalnej papki. Bo to właśnie jedyny dla mnie minus tej epki. Za krótko. Za mało. Chce jeszcze. Ale do rzeczy. Deathstorm niespecjalnie rozpieszcza swoich fanów. Jak na kapelę której początki sięgają 2009 roku to demo, dwa albumy i teraz epka to nie jest zbyt imponujący dorobek. Ale tak ma w sumie wiele kapel które grają dla fanu i z czystej pasji. Bo na "The Highest Predator" to właśnie słyszę. Pasję i miłość do death metalu. Ten albumik to takie granie które ja czuję podskórnie jako hołd dla ulubionych kapel z czasów gdy byliśmy piękni i młodzi. Ale spokojnie tu czuć własny sznyt i własną dusze a nie tylko kopie mistrzów. Gitary pięknie tną i poniewierają. Perka cały czas w punkcie, uderza tam gdzie trzeba bez przesadnego ataku. I wokal. O jak mi pasi. Lubię takie głębokie warknięcia. Trochę jak Nick Holmes, ale nie ten z Paradise Lost, tylko bardziej z Bloodbath i trochę jak jego kolega Mackintosh drący ładnie ryja w Vallenfyre. Robi naprawdę świetny klimat. Taki złowrogi. Kulminację tegoż mamy w finałowym a zarazem tytułowym, miażdżącym kawałku. Ło Lucyferze ogoniasty. Te ponure, apokaliptyczne gitary z mroczną partią basu mogłyby być użyte w filmie "Wojna Światów" kiedy to Tripody wyłażą z ziemi i wiesz że zaraz coś je***e. Taki tu mamy klimat....Także polecam Wam, którzy wielbicie death metal, tą epkę. Machniecie raz, drugi, trzeci etc. etc. Polecam. Brawo. Taki death metal to ja lubię


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę

PHOBOCOSM - Gateway (2025)

  Noooo, mocno się nam ten rok kończy. Kanadyjczycy z Montrealu atakują właśnie czwartym albumem i dalej mają jeden cel: siać niepokój. Tak jak na poprzednim albumie, mamy cudowanie rozbudowany klimat nadciągającej apokalipsy. Nie każdy potrafi go zbudować w tak sugestywny sposób jak Phobocosm. Zresztą kanadyjskie zespoły mają jakieś duże predyspozycje do tworzenia muzyki która przynosi odwrotność ukojenia. Ten death metal nie pozostawia obojętnym. Bestialskie riffy naprawdę wchodzą do łba z pełną mocą szpikulca do lobotomii. Gitary i wokal to potęga tego albumu. Wszystko w punkt zagrane i do tego bestialskie brzmienie. Cztery zaledwie utwory, poprzerywane interludiami daje w sumie 35 minut muzyki. Przy jej intensywności to idealny czas aby utrzymać uwagę nie pozostając za bardzo sponiewieranym. Jeśli podobał Wam się poprzedni ich album "Foreordained" to sięgajcie śmiało. "Gateway" to tak naprawdę jego kontynuacja, zresztą nagrana podczas tej samej sesji. Bierzcie ...