Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2026

WRATH DIVISION - Cremation Ground Abyss (2026)

  Drugi album enigmatycznego duetu z Polski właśnie wypełzł na powierzchnię z zamiarem zrobienia niefajnych rzeczy nieprzygotowanym na soniczną chłostę. Ale mi się podoba taka muza. Bestialski, uderzający w punkt black/war/death metal, bezkompromisowy i syfiasty. To się ceni bo stosunkowo ciągle u nas niewiele takich klimatów. Bo trochę Archgoat, trochę Conqueror a w zwolnieniach trochę Beherit z czasów "Drawing/.../". Mamy też w moim odczuciu postęp w porównaniu do debiutu. Jest mniej monotonnie. Zmiany tempa, rytmu, wściekłe wybuchy nieustająco utrzymują uwagę słuchacza. Kawałki krótkie, konkretne, żadnego misternego tkania klimatu. Tylko ostatni utwór który nie jest utworem trwa ponad 4 minuty. To odgłosy jakby coś Wam się rozsypało w głośniku. Dla mnie to akurat zbędna rzecz ale co ja się tam w sumie znam. Chcieli to se zrobili. Wracając do muzy. Wokal robi konkret robotę. Doskonale pasuje to tego muzycznego szamba. Chlasta, krzyczy, zdziera ropnie i usuwa woskowinę z uch...

NEOLITH - Inbir (2026)

  Z sąsiadującego z moją Małopolską Podkarpacia wynurzył się Neolith ze swoim szóstym albumem. Tradycyjnie już u nich z tytułem zaczynającym się na literę "I" biorą się za mroczną tematykę sumeryjskich mitów i wierzeń. I tak szczerze to nie od razu polubiłem się z tą płytą, po części z mojej winy, ale gdy poświęciłem jej całą swoją uwagę to doszedłem do wniosku, że Neolith wydał swój najbardziej intensywny materiał i powierzchowny jego odsłuch może doprowadzić jak u mnie do fałszywych wniosków, że nuda, że daje Behemothem, że to już było. Błąd. Duży błąd. Bo jaka nuda gdy co chwilę dostajemy ostry riff, zmianę klimatu, tempa, stylu. Owszem to wszystko było, ale to przecież ja zawsze powtarzam, w tej stylistyce co miano wymyślić to już wymyślono i proszę dać sobie spokój z eksperymentami. Co nie oznacza prostego kopiowania i marnego odtwórstwa. No i tego tu nie usłyszycie. Słychać natomiast, że Levi i cała ekipa to przede wszystkim maniacy metalu i od wpływów nie uciekną ale z...

HAEMOTH - Black Dust (2026)

  No to ładnie Francuzi sponiewierali niewiernymi. Co to jest za piekielny album to masakra, jeśli słuchać black metalu to właśnie takiego...Duet ten wrócił z nową muzą po 12 latach i bardzo dobrze, bo tak klimatycznej i pierwotnej czarnej sztuki już chwilę nie słyszałem. Jest w tej muzyce i brzmieniu coś bardzo niebezpiecznego, coś bardzo przyciągającego i okultystycznego. Gitary chlastają jak najostrzejsza mojka, uszy choć krwawią to proszą o jeszcze. Zniekształcony, udręczony wokal robi niesamowitą atmosferę bliskiego końca wszystkiego. Rozpacz i nienawiść. Jednocześnie. Do tego ambientowe fragmenty tylko potęgują strach i niepokój. Trzeba przyznać, że Francuzi potrafią wykreować specyficzną i trudną do zdefiniowania atmosferę. Ja w ten świat wchodzę od pierwszych dźwięków. I żeby zrozumieć to co mi dzisiaj trudno wyrazić słowami to proponuję samodzielny odsłuch. Zdecydowanie najlepiej wchodzi na słuchawkach wieczorową porą. Polecam. Mocna rzecz.

AZATOTH - Carnal Lust of Blasphemy (2026

  Debiut małolatów z Finlandii. Zapytacie zapewne czy śmierdzi wilgotną i stęchłą piwnicą? Ano śmierdzi. Ale od czasu do czasu jest też powiew świeżego powietrza. Takiego aż znad Florydy. A tak konkretnie to Azatoth dotychczas na koncie mieli demo i epkę. Parają się zacną i miłą dla ucha sztuką jaką jest death metal w klimacie old school. I dodajmy od razu, że robią to nadzwyczaj sprawnie, z wyczuciem oraz muzyczną świadomością cechującą bardziej niż oni doświadczonych. Jest w tym wszystkim oczywiście pasja, młodzieńcza fantazja i chęć obrzucenia słuchaczy szlamem. Riffy suną naprawdę płynnie, wokal z otchłani obecny jak też i jadowita ale zamulona sekcja. Mógłbym stulać różne kocopoły dalej ale po kiego zbója to nie wiem bo już wszystko wiecie. Porządny łomot z Finlandii dla chętnych. Fajowo zawsze jest gdy małolaty czują czacze...

NOTHINGNESS - Godslaughter (2026)

  Gwiazdy z Minnesoty wracają z trzecim albumem o takim życzliwym tytule. Słyszeliście? Nie świrujcie, że nie. MUS. Mus powiadam Wam. W porównaniu z poprzednikiem na szczęście większych zmian nie ma. Po co psuć dobre, prawda? Potężna, klarowna ale surowa produkcja pięknie zgrywa się z masywnymi kompozycjami. Uwielbiam tą rytmikę młota udarowego. Uwielbiam ciężar stutonowej ciężarówki kiedy zwolnią i uwielbiam otchłań w którą wciągają słuchaczy. Znajdziemy tu wszystko. Brutalność, melodię, dysonanse i agresje. Wszystko w idealnych proporcjach. Znakomite po prostu to jest. Koniec. Polecam mocno