Przejdź do głównej zawartości

NEOLITH - Inbir (2026)

 Z sąsiadującego z moją Małopolską Podkarpacia wynurzył się Neolith ze swoim szóstym albumem. Tradycyjnie już u nich z tytułem zaczynającym się na literę "I" biorą się za mroczną tematykę sumeryjskich mitów i wierzeń. I tak szczerze to nie od razu polubiłem się z tą płytą, po części z mojej winy, ale gdy poświęciłem jej całą swoją uwagę to doszedłem do wniosku, że Neolith wydał swój najbardziej intensywny materiał i powierzchowny jego odsłuch może doprowadzić jak u mnie do fałszywych wniosków, że nuda, że daje Behemothem, że to już było. Błąd. Duży błąd. Bo jaka nuda gdy co chwilę dostajemy ostry riff, zmianę klimatu, tempa, stylu. Owszem to wszystko było, ale to przecież ja zawsze powtarzam, w tej stylistyce co miano wymyślić to już wymyślono i proszę dać sobie spokój z eksperymentami. Co nie oznacza prostego kopiowania i marnego odtwórstwa. No i tego tu nie usłyszycie. Słychać natomiast, że Levi i cała ekipa to przede wszystkim maniacy metalu i od wpływów nie uciekną ale zdecydowanie robią to po swojemu. A że czasem Behemothowo? Żadna ujma i do tego po dokładnym przesłuchaniu to stwierdzam, że są to tylko fragmenty w porównaniu do całości. Są prawdziwe kilery koncertowe jak chyba pierwszy u nich kawałek w ojczystym języku oraz tnący jak brzytwa "The Dawn Is Waking". Death/black metal a.d. 2026 w wykonaniu Neolith to świetne, przemyślane kompozycje z ciekawymi, dającymi do myślenia tekstami. Wnioski często niezbyt optymistyczne. Jak powiedział Levi w wywiadzie dla bloga Muzyka Okiem Krytyka, co ja też nie raz powtarzam: "...Patrzymy na historię, uczymy się jej, budujemy coraz bardziej skomplikowane cywilizacje, a później popełniamy dokładnie te same błędy. Walczymy o władzę, pieniądze, wpływy, idee i własne ego. Budujemy i niszczymy, wierzymy i przestajemy wierzyć. I tak bez końca..." Niestety nie uczymy się na błędach...No nic. Nie zróbcie więc tylko mojego błędu. Słuchajcie od razu uważnie. Warto


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

TEMPLE OF DECAY - Profanus (2026)

  Temple Of Decay to solowy projekt (podziwiam) który właśnie wydał swój trzeci album o trafnym tytule "Profanus". Od razu powiem, podoba mi się bardzo. Jest to bezpretensjonalny black metal który został nagrany z pasją i czarnym jak smoła sercem. Nie ma tu potrzeby być najszybszym, najagresywniejszym a jest za to chłodny klimat, dużo zapamiętywanych melodii (już otwierający kawałek pt. "Wojna, Martwy Bóg i Błazen" to kapitalny mroczny hymn) i cały stek kierowanych w słuszną stronę bluźnierstw. Teksty są dosadne, proste ale nie mylić z prostackie i bardzo Anty. Podobają mi się i chce się krzyczeć razem "Wojna, wojna Tu i Teraz!!!". Żadnych samozwańczych poetów... Atmosferę robią głównie bardzo udane kompozycje. W tym zakresie słychać duży rozwój i postęp autora projektu. Czasem jest bardziej mrocznie, czasem bardziej dziko, czasem wojowniczo a czasem wręcz transowo i hipnotyzująco jak np. w "Miłosierdziu". Ważne jest to, że z każdym odsłuchem po...

OZZY OSBOURNE - No Escape From Now (2025)

  Ku***sko momentami przejmujący dokument o ostatnich latach Ozzy'ego. O jego zmaganiach z bólem, coraz to nowymi chorobami i zjebanymi operacjami. Nie wiem jakim cudem to wszystko zniósł i dał jeszcze pożegnalny koncert w Birmingham. Jak dobrze, że to się udało bo możliwość podziękowania fanom była jego ostatnim marzeniem. Przy tych wszystkich dolegliwościach czasem jeszcze potrafił coś palnąć w swoim stylu i rozbawić wszystkich dookoła. Widać jaką siłę ma muzyka bo potrafiła działać u niego terapeutyczne cuda. Myślę, że niejedna łza na tym filmie poleci. Zobaczcie bo warto choć ciężko się to ogląda... Ja teraz biorę się za książkę

PHOBOCOSM - Gateway (2025)

  Noooo, mocno się nam ten rok kończy. Kanadyjczycy z Montrealu atakują właśnie czwartym albumem i dalej mają jeden cel: siać niepokój. Tak jak na poprzednim albumie, mamy cudowanie rozbudowany klimat nadciągającej apokalipsy. Nie każdy potrafi go zbudować w tak sugestywny sposób jak Phobocosm. Zresztą kanadyjskie zespoły mają jakieś duże predyspozycje do tworzenia muzyki która przynosi odwrotność ukojenia. Ten death metal nie pozostawia obojętnym. Bestialskie riffy naprawdę wchodzą do łba z pełną mocą szpikulca do lobotomii. Gitary i wokal to potęga tego albumu. Wszystko w punkt zagrane i do tego bestialskie brzmienie. Cztery zaledwie utwory, poprzerywane interludiami daje w sumie 35 minut muzyki. Przy jej intensywności to idealny czas aby utrzymać uwagę nie pozostając za bardzo sponiewieranym. Jeśli podobał Wam się poprzedni ich album "Foreordained" to sięgajcie śmiało. "Gateway" to tak naprawdę jego kontynuacja, zresztą nagrana podczas tej samej sesji. Bierzcie ...