Przejdź do głównej zawartości

Posty

Iron Maiden - The Book of Souls

Z jaką wielką niecierpliwością czekałem na ten album...Rozpakowywaniu płyty towarzyszyła nadzieja i niepokój, czy dadzą radę, czy będzie to album do którego będę często wracał czy będzie miał to nieuchwytne coś? Wiadomo, poprzednia produkcja The Final Frontier była albumem po prostu przeciętnym, niegodnym tak naprawdę ikony heavy metalu. Minęło pięć długich lat i oto pojawił się w końcu następca, na dodatek po raz pierwszy mamy wydawnictwo mieszczące się na dwóch płytach. Tutaj pojawiły się kolejne wątpliwości, czy aby nie znuży? Odpowiedź w wypadku tej płyty może być tylko jedna, nie tylko nie nuży ale żal, że nie jest jeszcze dłuższa. Od pierwszego utworu słychać, że Maideni są w wybornej formie. If eternity Should Fail znakomicie otwiera album, jest energicznie, gitary tną aż miło, a Bruce śpiewa jak za najlepszych lat. Kolejny utwór to klasyczny Maiden, ale to Speed of Light jakoś nie do końca mi przypadło do gustu. Może dlatego, że pozostałe utworu to arcydzieła, a najmocniejsze ...

Paradise Lost - The Plague Within

Strasznie dawniej lubiłem tą kapelę. Pamiętam doskonale pierwszy styk z tą kapelą i płytą Gothic . Fantastyczne ciężkie i monumentalne niemal granie. potem przyszła Shades of God i wzięło mnie strasznie. Wtedy uważałem ją za płytę wszechczasów jeśli chodzi o mocne granie. Pamiętam ekscytację utworem Pitty the Sadness , bardzo melodyjny jak na tamte czasy. A niezgorszy był ponury As i Die . Potem nastała era no-growling i jeszcze tylko Icon trzymał fason. Im dalej tym gorzej, aż nastąpił wynalazek w postaci płyty Host . Nie do wiary jaki to był gniot. Słyszałem fragmenty następnych płyt, było lepiej, ale bez ekscytacji, jakoś mnie już ta kapela nie kręciła. Po nową płytę siegnąłem zachęcony dokonaniami Nicka Holmesa w ubocznych kapelach, choćby na ostatniej, zajebistej płycie Bloodbath. No i dobrze zrobiłem, bo płyta The Plague Within jest po prostu dobra. Zaczyna się jeszcze dosyć potulnie utworem No Hope In Sight , ale potem robi się co raz mocniej, aż do fantastycznego doomowego ...

Marduk - Frontschwein

Jakoś nigdy nie byłem wielkim fanem tej szwedzkiej black metalowej hordy. Nie to żebym coś do nich miał, po prostu nie da się słuchać i lubić wszystkiego. Od czasu do czasu wpadały mi w łapy ich płyty ale nigdy nie spowodowały trwałego uwielbienia. Z tą płytą jest inaczej. Słuchając jej czułem, że jestem mocno bity pięścią po twarzy, a potem jeszcze skopany po ryju...hehe. Już otwierający płytę utwór tytułowy naprawdę dewastuje niczym bomba wodorowa. Jad, agresja, wściekłość wylewa się z głośników w każdej sekundzie. Dodajmy w dopracowanej i przemyślanej sekundzie. I co istotne, pojawia się nienachalna melodyka i kilka naprawdę zajebistych riffów. Dalej jest podobnie, huragan dźwiękowy atakuje z niszczycielskim natężeniem. Posłuchajcie z uwagą kawałka o Kraju Warty (Wartheland) - jest po prostu genialny, stałem i darłem ryja razem z wokalistą. Właśnie to co wyprawia Mortuus to jest autentyczna, pierwotna dzikość, ciary, proszę państwa, ciary! Posłuchajcie też piekielnego i zaskakująceg...

My Dying Bride - Feel the Misery

Od razu powiem, że najnowszy album smutnych Brytyjczyków tyłka mi nie skopał. Nie jest to zła płyta i najwierniejsi fani będą zachwyceni, ale nikogo nowego tą płytą nie porwą. Zaczyna się od utworu And My Father Left Forever i trzeba przyznać, że jak na możliwości MDB to start jest dosyć żwawy. Zwolnienie następuje w ciężkim refrenie z ciekawą melodyką. Słychać w głosie Aarona niesamowity żal i rozpacz. Niestety ten utwór to zdecydowanie najmocniejszy fragment tej płyty, potem robi się gorzej. Gorzej dlatego, że jest po prostu przewidywalnie i trochę nudno, i to pomimo pojawiającego się growlu. Ożywienie i wyrwanie z marazmu przynosi jeszcze utwór tytułowy, głównie dlatego, że posiada wbijającą się do głowy linię melodyczną. Po ściągnięciu słuchawek długo jeszcze mi wyło Feel the Misery....generalnie nie jest to płyta zła, jest niby wszystko w kanonie, ciężko, wolno, rozpacz, czasem nadzieja, ale wszystko to jakieś przeciętne. I taka też ocena. Ocena - 6

Vader-Tibi et Igni(2015)

Wracam po długiej przerwie  i ruszam do nadrabiania zaległości. Najpierw nasza rodzima legenda czyli statek generała Petera - Vader. Czekałem na to wydawnictwo z niepokojem, ostatnie płyty zalatywały jakimś takim marazmem. Oczywiście zawsze było słychać, że to pierwsza deathliga, ale czegoś było brak, może magii, może entuzjazmu, może świeżości, nie wiem sam, a może marudzę? Ta płyta od pierwszego odsłuchu mnie powaliła, zaczyna się mocno, szybko, wściekle - pierwsze dwa utwory to thrash/death metalowa jazda bez trzymanki. Niesłychanie wręcz zabójczo brzmi perkusja, czuć, że uderzana jest z całą mocą, czuć siłę i emocje. Potem nieco zwalniamy, a przy utworze Hexenkessel robi się zaskaująco, mrok i melodia urzekają niemal od razu. Dalej mamy wspaniały klasyczny do bólu Abandon All Hope, niszczący Worms of Eden a na końcu totalna niespodzianka w postaci finałowego The End, gdzie Peter niemal recytuje, a perkusyjne przejścia wbijają się w mózg i nie wychodzą z niego długi czas. Poleca...

Blindead - Absence (2013)

Wiedziałem, że ten zespół to nie moje klimaty, ale zachęcony entuzjastycznymi recenzjami postanowiłem wysłuchać tej płytki, zwłaszcza, że mój znajomy wszedł w jej posiadanie drogą kupna. Dotychczasowi fani zespołu mogą się troszkę zdziwić choć powolne łagodzenie brzmienia nie jest chyba żadną w sumie nowością. Zespół w końcu zdecydowanie pozbył się elementów metalowych, nie ma ciężkich brzmień i w sumie szkoda.  Może byłem zbyt uprzedzony do tego zespołu od początku, ale Ja do krążących po necie super recenzji w zupełności się nie przychylam. Oczywiście słuchać duże umiejętności muzyków i świetną produkcję, ale już wokalista może drażnić, na żywo może sobie zupełnie nie dać z tym dosyć trudnym jednak materiałem. Dla mnie kompozycje brzmią jakby zrobione na siłę, bez polotu, są zbyt nasycone i przekombinowane. Choć jestem w stanie zrozumieć tych, którym się ta płyta może podobać, dla mnie nuda. A do tego męczące efekty specjalne, czyli różne ubarwiające przekaz odgłosy, czy też różn...

Carcass - Surgical Steel

No i stało się, po 17 latach mamy nową płytę Carcass!!! I od razu powiem - jest zajebista. Od razu powiem też, że Ci którzy liczyli na łomoty i bulgotne wymioty znane z Reek of Putrefaction to niech nie kupują tej płyty, ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach o tym nie myślał. Natomiast fani Heartwork będą zachwyceni. To naprawdę fantastyczne, że po tylu latach, będąc dobrze po 40-stce, panowie Walker i Steer potrafią rozpierdolić czaszki taką muzą. Szybkość młota udarowego, precyzja chirurgicznego skalpela, przejrzysty i selektywny dźwięk, druzgocące mózg blasty, wściekły gardłowy wokal, ech, naprawdę Anglicy pokazali młodym co to jest death metal. Dodam, że technika bez zarzutów najmniejszych, produkcja płyty na wysokim poziomie. Ciężko wyróżnić jakiś utwór, nie ma takich melodyjnych hitów jak na wspomnianej wcześniej Heartwork, ale w tej muzie nie o to chodzi. Jak komuś zależy mocno na melodiach to powinien poprzestać na Manowar....Carcass to muza dla prawdziwych twardzieli, KUPUJCIE...